Na palucha…

   Tak jakoś filmowo mi się skojarzyło. Pewnie ze względu na goszczącego ostatnio „Misia” (choć nie tylko 😉 ) Bareja, czy Machulski – po prostu klasyka. Miś mój ulubiony. Nasz ulubiony. „Miś… Miś… Świńska rura nie miś…” Teksty znane tak wielu. Ale zostawmy pana Palucha, a zajmijmy się – paluchami. Jak zwykle – do wyboru. Niby zasada robienia ta sama, ale efekt zupełnie inny. Jedne moje – robione byle jak… drugie Pani Szymanderskiej – wymuskane wręcz. Nie umiem polecić którychś szczególnie. Ale oba rodzaje nadają się do każdej czystej zupy – nie musi to być barszcz. I oba rodzaje mają jedną wadę – jak zacznie się je jeść, nie można skończyć. Ale to chyba taka powszechna przypadłość dotycząca każdego rodzaju paluszków.
Moża podać jako przegryzkę do „brudnej wody na myszach”, tylko wiadomo – należy uważać z jej ilością, aby nie przgapić jakiejkolwiek podróży. Nie ważne czy to będzie Lądek Zdrój, czy też Londyn…

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *