Güzel Kıbrıs

   Sezon wakacyjny dobiega końca – to tak ogólnie. U nas skończył się powrotem do domu tym razem z pięknego Cypru. Odwiedziliśmy jego północną – turecką część. Dwa tygodnie pełne słońca i związanych z tym przyjemności. Przyjemności leniuchowania absolutnego i fantastycznej miejscowej kuchni. Ale po kolei…

cypr (48).JPG

   Dojazd na miejsce zajął nam dwukrotnie więcej czasu, niźli było w planach – wina niedopatrzenia naszego rezydenta – w gruncie rzeczy jedynego minusa całej wyprawy. No może jeszcze fakt, że nie zdążyliśmy na obiad przez absolutne zlekceważenie sytuacji kilku urlopowiczów, którym nigdzie się nie spieszyło, a w związku z tym zwiał im ich własny transport. No i rzecz jasna trzeba było zrobić kilka dodatkowych objazdów, żeby dowieść towarzystwo uchachane na miejsce. Nie bacząc na poważniejszego mentalnie siedmioletniego dżentelmena – zmęczonego i spragnionego. Głodnego pewnie też. Bez słowa przepraszam. Nie ma się co dziwić, że nam trochę żyłka pękła… bo w czym problem zawieźć gapowiczów na miejsce jako ostatnich – gdy autokar będzie wracał było nie było tą samą drogą. Nie wiem co było na obiad, ale na bank coś dobrego ;). Jak i w inne dni. Dotarliśmy na miejsce w towarzystwie fantastycznym. Natalii, Rafała i owego dżentelmena o jakże pięknym imieniu – Borys. Emocje opadły i pozostały piękne widoki. Szybka kąpiel po podróży, oglądnięcie ślicznego pokoju z przepięknym balkonem. No i czysto, pachnąco i świeżo – co w łazience ma dla mnie ogromne znaczenie. Przebrani poczekaliśmy na czas kolacji oglądając to, co mamy w okolicy. Dwa baseny, z czego jeden ze zjeżdżalniami, sporo zieleni i kwiatów, do sali restauracyjnej ze 2 minuty.
Kolacja z współuczestnikami podróży minęła błyskiem. Ale to nic. W końcu siedzieć można było za stołami dopóty, dopóki się komuś nie odechce. Poznaliśmy przy okazji znacznie bliżej Wisłę, pośmialiśmy się serdecznie i umówiliśmy na następny dzień na plażę. Miała być niedaleko…
Miała. Obok ośrodka biegła drożyna. Przy niej figowiec i masa lemonów. Jak to zostało wyjaśnione nieco później – coś pośredniego między cytryną a limonką. Rzeczywiście mocno zielone, ale kwaśniejsze od cytryn, które znam. Kilka wylądowało w kieszeni. I kilka fig w garści. Wybierałam takie miękkie, a ponieważ widząc co z nimi robił kierowca autokaru (zrywając z okolicznego drzewa podczas jednego z postojów) postanowiłam zrobić tak samo. Moje pierwsze świeże figi. Słodkie przeraźliwie. Różowe w środku. I niestety lepkie. Ale do morza niedaleczko… Chyba… No to szliśmy. Natalii i mnie zaczęło brakować kapelusza. Skończyły się drzewa, zaczęły pola. Skończyły się pola, zaczęły się… plaże? Wulkaniczna pustynia. Morze widać, ale jak do niego dojść. Nieważne… Wszyscy chcieli się wykąpać, a ja jedynie… umyć ręce. Szukanie zajęło nam 2 godziny. Morze jasne, że znaleźliśmy, ale bez zejścia do niego. Poza jednym małym wyjątkiem. Schodek w skale pozwolił nam zejść w jedno miejsce – mocno kamieniste. Ale zmyłam tę potworną lepkość. I miałam spokój. Piękny widok jednak przed oczami. Lazurowe morze, bezchmurne niebo i niedokończony hotel z jednej strony z malutką, ale łagodną i piaszczystą plażą. Tak niedaleko… Trafiliśmy tam nazajutrz. Popołudnie spędziliśmy w morzu cieplejszym niż woda w basenie. Czystym i potwornie słonym. Fantastycznym. Inną drogą – wcale rzeczywiście niedaleko ośrodka. Ale konkretna plaża była znacznie dalej. Transport zapewniony przez hotel, choć akurat nie w ten dzień – mieliśmy pecha. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę maleńką zatoczkę. Nazajutrz odwiedziliśmy hotelową. Wypoczynek się zaczął…

cypr (26).JPG

cypr (1).JPG

   Wypoczynek pełną gębą. Także i od gotowania. A nie ukrywam, że się nastawiałam. Trochę jestem rozczarowana, lecz jedynie jedną rzeczą. W zasadzie to jej brakiem. Na śniadania zawsze były półmiski miejscowych serów – w tym także halloumi. Liczyłam, że kiedyś podadzą go z grilla. Nie doczekałam się. Ale nic to. Ta feta, ten kozi niezwykle delikatny i słodkawy, i w końcu halloumi rozwarstwiający się nieco, trochę gumowaty w swojej strukturze nie dający się z niczym porównać. Trzeba spróbować. Śniadania bardzo mi smakowały, pomimo iż były niezmienne w swej formie i treści. To samo, co wcale mi się nie znudziło. Nie jadłam wędlin – drobiowych. Nie jadłam żółtych serów. Nie jadłam sporo rzeczy bo… wyżarłam wszystkie podsuszane czarne oliwki. Podawane do wszystkich posiłków, więc to wyżarcie zajęło mi kilka dni. Potem pokazały się zwykłe czarne, już nie takie smaczne, więc przerzuciłam się na zielone nadziewane ostrą papryczką. Z biegiem czasu stawały się mniej ostre, a bardziej kwaśne. Nie mam pojęcia dlaczego… Więc przestałam je jeść. Zajęłam się mieszanką pokruszonej fety, ziół i ostrych papryk – isot biber – charakterystycznych, bo prawie czarnych płatków, i pul biber przyjemnie ciepło czerwonej. Taki serek rozsmarowany na kanapce… mmmm… Więc jeden kromal z serkiem, drugi z fajną sałatką w formie pasty. A jakże – ta pikantna sałatka również lądowała na chlebie. A kto mi zabroni. Pychota. Chyba tych serów mi będzie brakowało. Sałatkę postaram się odtworzyć.
Obiady i kolacje były niespodzianką. Tym większą, że na obiad potrafiono podać ryż z makaronem – nie to dla mnie dziwne, bo to specjalność krajów arabskich, gdzie połamane drobno nitki smaży się, po czym gotuje z ryżem. Fajnie smakuje i fajnie wygląda. Nie to mnie dziwiło również, że do ryżu podawano jakieś mięso – a to kurczaka, a to jagnięcinę w różnych formach, czy też mieloną wołowinę – ale to, że podawano do tego jeszcze smażone ziemniaki. Nie dla mnie taka mieszanka, więc brałam albo jedno, albo drugie (a byli tacy co pełen zestaw zagryzali chlebem). Z mięsem. I często z warzywami na gorąco. Do tego sałatka, ogórek i pomidor (nasze pomidory o niebo lepsze – co mnie zaskoczyło). I w początkowej fazie oliwki. Czasami była rybka. Kolacje wyglądały podobnie plus jeszcze zupa. Nie zawsze ją jadłam, ale rewelacyjnie smakowała mi jogurtowa i turecka specjalność. I raz podano absolutnie coś rewelacyjnego – podsmażane ziemniaki w plasterkach z cebulką zrobione na niemiecką modłę.

cypr (54).JPG

cypr (39).JPG

cypr (41).JPG

   Tak à propos tureckiej specjalności. Mniej więcej po tygodniu zorientowaliśmy się, że to co będzie na obiad i kolację nie musi być niespodzianką. Jest codziennie wystawiane menu. Po angielsku jedynie, ale jest. Więc Mąż systematycznie informował mnie co będzie. No i raz wpada i mówi:
– Ha! Nie zgadniesz jaka zupa dzisiaj będzie.
– Rosół z domowym makaronem?
– No nie…
– Nie mów, że barszcz, bo w to akurat nie uwierzę. Bardziej w rosół…
– No nieee… Znasz taką zupę jak ezogelin?
– Nie znam – no nie umiem łgać. Nie znam, nie robiłam, więc i nie jadłam. Nie miałam okazji, a on o tym doskonale wie, więc po co?
– No to chodź…
No to idę. Stoimy przed pulpitem i jest rzeczywiście. Ale co z tego, skoro jedynie na dywagacjach na temat się kończy. Co autor miał na myśli. I wtedy podchodzi do nas najmłodszy z grona kelnerów, z uśmiechem widząc pewnie, że mamy jakiś nurtujący nas problem i chcąc wyjaśnić.
Romulek bez najmniejszego obciachu:
– What is ezogelin soup?
Uśmiech się powiększył. I dostaliśmy wyjaśnienie bardzo dokładne. Absolutnie turecka, dosyć ostra (mmm… wersja akurat niespecjalnie przykra – dla nas) i to co mnie zachwyciło – z bulgurem. W końcu coś z bulgurem. To było rano po śniadaniu. Przy obiedzie chłopak podbiega i… przeprasza. U niego w domu zawsze z bulgurem, ale ta będzie z ryżem. Oj ból… Bulguru nie zjadłam wcale.
Ogólnie kuchnia wyśmienita. Nie brak przypraw, które lubię – kminu i ostrej papryki. Wersje i te bardziej gulaszowe, i te z konkretnym kawałkiem mięsa czy ryby. A ryby pyszne. I szkoda, że tak rzadko. Sporo najadłam się bakłażanów – nieco innych. Długich i wąskich. I pełnych goryczy. Zapewne nikt nie bawi się w solenie i płukanie, tylko jadą moim ulubionym systemem. Od razu. I powiem szczerze – ta goryczka bardzo mi odpowiadała. A do nich rewelacyjny jogurt. W różnych wersjach. Nie zabrakło i słodkości, ale z nimi różnie bywało. Wzięłam kiedyś po śniadaniu ciasteczko, które wyglądało na chałwowe. Może i było… ale smaku ciężko mi się było doszukać. Poza cukrem. Zostawiłam lekko nadgryzione, choć było na jeden kęs. Nie oparłam się jednak ptysiom z kremem i zieloną posypką. Myślałam, że to pistacje, ale jednak nie. Teraz mam nadzieję, że to kannavuri, bo po prostu sobie kupiłam. A powiedziano mi, że jest to do posypania słodkich wypieków. I to by się zgadzało… Były też eklerki polane niesamowitym karmelem, który trzeba było odchorować. Słodycz ogromna, ale pyszna. Nie mam zdjęcia, bo nie pomyślałam. Zrobiłam za to fotkę eklerków z czekoladą – nie jadłam. Nie mogłam… w tym upale. Skusiłam się też na ciasto czekoladowe z polewą – rzeczywiście nie tylko pysznie wyglądające. I najlepszy deser, który miałam okazję tam jeść – gotowane jabłka (sądzę, że w syropie z granatów) z malutką kropelką kremu i kawałkiem orzecha włoskiego na szczycie. Leciuteńki i orzeźwiający deser. Taki mogłabym codziennie. Co jeszcze? Natalia jednego wieczoru wzięła piękny kawałek ciasta. Przyglądam się i przyglądam… Krótkowidzem jestem, ale wyraźnie widzę oliwki. Więc i mówię, że tak to wygląda. Oczy Natalii zrobiły się okrągłe – nie znam osoby, która tak potrafi. Romulek próbuje od momentu Jej poznania, mówiąc, że robi Natalię… a ja już wiem o co chodzi. Dodam, że robi to w specyficznych warunkach, jednym słowem – głupio zaskakujących. Czyli działających tak, że głupio czasami skomentować, a oczy zrobią swoje ;). Genialne! No więc była okazja…
– Ty… rzeczywiście. Oliwki.
Ciasto musiałam spróbować. Pokrojone w kostkę powiedzmy 5 cm smakowało jak chleb. To było z oliwkami i mam wrażenie, że z oregano. Była i druga wersja – bez oliwek, ale za to z miętą. Posypane sezamem. Oba z dodatkiem oliwy. I oba pyszne. Tylko trzeba się było nastawić na słoną wersję ciasta. Fantastyczne były też obwarzanki, które oglądnęłam ze wszystkich stron. Nieduże, posmarowane jajkiem i posypane czarnym sezamem, choć trafiało się i ziarenko czarnuszki. Bardzo przecież charakterystyczne w swoim smaku. Przez kilka dni przygotowywałam się do poważnej rozmowy na temat, chcąc wytargać na nie przepis. Zbierałam swoje siły, zastanawiając się jakie pytanie ktoś może zadać – bo mój wzrokowy angielski nie używany w gębie, i w ogóle baaaardzo słaby, gdyż nie uczony wcale może nie wystarczyć. No i wysłałam Męża z problemem w postaci takiego obwarzanka.
Podszedł do stojących za barem panów…
Po chwili podchodzi do niego kucharz – było nie było najważniejsza osoba – zawołany na tę okoliczność z kuchni. No i dowiedziałam się, że to zwykłe ciasto tak uformowane, posmarowane jajkiem i posypane… sezamem. No masz!!! Tak zaskoczona jestem, że szok. Romulek mało nie udławił się ze śmiechu jak to usłyszał. Ale drąży – jakie ciasto. No zwykłe. Zwykłe i już. Zwykłe… Kruche . Ale czy ich zwykłe to i nasze zwykłe? Nie wiem, jednak spróbuję.

cypr (6).JPG

tuż obok Atatürka…

cypr (8).JPG

…i po obrocie na pięcie.

cypr (13).JPG

   Nie ukrywam, że klimat nastrajał do smakowania. I okoliczności. No bo nic nie robisz – zwłaszcza w kuchni – tylko patrzysz i podziwiasz. Z jednej strony morze, z drugiej piękne góry. Za górami Grecja. A Grecy nie darzeni są sympatią przez Turków, między innymi właśnie za Cypr. I nawzajem. Mieliśmy przez chwilę ochotę przejechać się na własną rękę na grecką stronę, ale właśnie z braku jakichkolwiek informacji, które nie są w interesie firmy, po prostu zrezygnowaliśmy. Jedź w te piękne, lecz przecież dzikie góry na własną rękę, lub zapłać odpowiednią ilość pieniędzy i jedź na wycieczkę. I bądź ograniczony wszystkim. Tu a nie tu. I teraz a nie potem… Nie znoszę tego. Za to z Natalią, Rafałem i Borysem zwiedziliśmy pobliską Kyrenię. Wysiedliśmy z autobusu i poszliśmy w doskonałym kierunku. Stanęliśmy przed Atatürkiem ;). Niesamowite. Nie Atatürk, lecz widok. Z jednej strony owe góry w całej krasie, odwracasz się na pięcie i… morze. Tylko kilka kroków… Poszliśmy wzdłuż murowanego falochronu deptaczkiem wprost do fortu. Zachwyt Borysa na widok statków pirackich jest nie do opisania. A można je było z bliska zobaczyć. Więc staliśmy przez chwilkę i nie wiedzieliśmy na co dokładnie patrzeć w danej chwili :). Samo miejsce też zachwycające – dosyć wąski kanał, w którym cumowały statki, po czym widok na pełne morze. A dokładnie nad tym wszystkim górował kamienny fort. Malownicze kamieniczki w starej części miasta obecnie tworzą restauracyjny kompleks dla turystów. I w każdej jakiś sklepik z drobiazgami. Były i kapelusze, więc panowie wyszli nieco lżejsi, a my cieszyłyśmy się naprawdę pięknymi nakryciami głowy. Ba! Cieszę się wciąż tak samo.
Wracając zrobiliśmy nieco większy łuk, aby zobaczyć jak najwięcej. Na przystanek trudno nie trafić, więc spokojnie spacerkiem pooglądaliśmy. Dodam, że nie obowiązują tu żadne rozkłady jazdy i żadne cenniki. Owszem – jadąc krótki odcinek kierowca weźmie mniej, ale jadąc do samego końca – a tak było w naszym przypadku – weźmie normalną stawkę. Trafisz na bus, to wsiadasz. Nie masz też pewności za ile bus ruszy z tego pierwszego przystanku. Będzie czekał na komplet, czy może też niekoniecznie. Ma kierowca do podwiezienia jakiegoś kuzyna – co wiąże się z obejrzeniem okolic czasami bardzo ciekawych, czy też pojedzie prosto, niekoniecznie prostą drogą. Jedno wiem. Trzeba być mistrzem kierownicy, aby wyrobić na tych wąskich i krętych uliczkach. Bus to pikuś. Zrobić to turystycznym autokarem… Jednym słowem oglądnęliśmy sporo okolicznych miejsc jadąc do, lub wracając z Kyrenii. Mało tego. Przez długi czas próbowałam namówić Męża, abyśmy przeszli się w okolice widocznego z naszego balkonu meczetu. Chciałam zobaczyć z bliska. Nie ma szans. Na taki upał? Tyle kilometrów pod górę? Nie da rady. Dało przez zupełny przypadek.
Przed wyjazdową nocą po raz ostatni kurs Kyrenia. Przystanek koło naszego ośrodka, więc dojście zajęło nam minutę. Nie wiem czy czekaliśmy drugą minutę, gdy przyjechał bus – z drugiej strony. Dla kierowcy nie ma znaczenia – ważny jest pasażer, który daje zarobić. Więc fakt, że zabierze kilka osób na końcowy przystanek nie jet niczym dziwnym. Tej drogi rzecz jasna nie policzy. Ważne jest to, że on zgarnie klienta. Pytamy o Kyrenię, a on z uśmiechem, że oczywiście… i zaprasza do środka. Wchodzimy. Zajmujemy najlepsze miejsca, bowiem jesteśmy jedynie. Świetnie. Więc jest szansa, że tylko zakręci i wróci. Niestety…
Za to widoki fantastyczne. Kilka przecznic dalej gość skręcił w lewo. Ach, zapomniałam dodać, że ruch tam jest lewostronny, więc Anglicy mogą się czuć jak u siebie w domu. Choć kierownica bywa z różnych stron… Kwestia przyzwyczajenia zapewne. Tak więc skręcamy i jedziemy pod górę. Cały czas. Domy, drzewa oliwne, figowce, kwiaty, murki, drzewa oliwne. I cytrony. Domy piękne, wymuskane i zadbane w tej okolicy. Nagle kierowca zatrzymuje się przed jednym takim, wchodzi na podwórko, zabiera sprzed drzwi… buty, i wsiada z powrotem. Wraca  inną drogą. Oto stoi przed nami w odległości jakichś stu metrów meczet. I znów domy wymuskane. Każdy inny. Zatrzymuje się bus koło robotników i kilkuminutowe pogaduszki ze śmiechem. Mąż stwierdził, że właśnie zaczyna się licytacja mnie…
– A zaniepokoiłeś się, czy też współczujesz?
Nie ma innego sposobu na Połówkę. Jeszcze chwilka śmiechu – w końcu nikomu się nigdzie nie spieszy. Kilka minut i jesteśmy w punkcie wyjścia. Naszego. Ale tym razem droga prosto do celu. Fakt… nie tak bardzo prosto… Ostatnie podejście, więc szukam księgarni. Ciężką ją zauważyć, bo to sklep z różnymi rzeczami, ale robiąc zakupy spożywcze zapytaliśmy się o nią. Na nasze szczęście niemal vis a vis. Jednak niczego nie kupiłam. Ceny książek są potworne. Obejrzałam i odstawiłam. Jednak nie przeliczyłam się. Tureckiego w ząb, ale miałam nadzieję, że będą angielskie wersje – i było ich znacznie więcej niż tureckich. Jednak pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Wrócę bez pamiątki na temat miejscowej kuchni. Szkoda… Jednak nadrobiłam zestawem nowych przypraw i specjalności tego regionu. Pysznych. Już niedługo…

cypr (60).JPG

cypr (66).JPG

   Natalia, Rafał i Borys wyjechali po tygodniu. Wielka szkoda, bo nie ukrywam, że poczucie humoru mamy podobne i bardzo łatwo było nam się dogadać chyba na każdy temat. Nie każdy wszak poruszaliśmy przecież. W międzyczasie zjechała Marzena z Pawłem. Z dwojgiem młodych panów. Poznaliśmy oto Olivera (przepraszam Oli jeśli masz jeszcze jedno i, czyli Olivier)  i Davida. Pisownia nie jest przypadkowa, a wręcz konieczna. Mamy szczęście do ludzi – znów nie pozwolono nam się nudzić :). Siedzieliśmy w basenie i gadaliśmy, gadaliśmy… gadaliśmy. I spiekliśmy się ogromnie, i nie zauważyłam nawet kiedy. Nastąpiło więc kilka dni przerwy od wody ogólnie. Owszem… niesamowite ilości wody mineralnej w salce restauracyjnej. Z lodem i cytronem. Lub wina czerwonego.
Bardzo fajną frajdę sprawili nam miejscowi angielscy rezydenci. W naszym hotelu umawiali się raz w tygodniu na brydżowe spotkanie. Profesjonalne. Stoliki przykryte zielonym suknem, bidding boxy, pudełka na karty. Za pierwszym razem Mąż krążył dookoła mrucząc coś pod nosem – a może by się dosiąść? A może spróbować. Towarzystwo jednak było już w trakcie gry, przy czym jedna para pauzowała. Widać mieli braki w składzie. Załapaliśmy się za to na drugi tydzień. Tuż po rozdaniu kart Romulek tup tup tup… do sędziego. „Czy możemy?. No i usłyszał.:
– Ale czy państwo gracie?
– No coś tam gramy…
– Nie… nie… Ja się pytam, czy umiecie.
O jak ja lubię takie sytuacje ;). Stawiające już na wstępie w odpowiedniej pozycji.
– Umiemy!
– To zapraszam.
I się zaczęło… Kilka wpadek też. Po raz pierwszy to ja zachowałam stoicki spokój, tłumacząc – koniec dyskusji. Graj tak, jak ja wistuję. No bo my sobie cuda możemy po polsku, skoro nikt nas nie rozumie. Nie wolno… Dyskusje potem. O kurcze… Da się. Z dystansem. Swoją drogą często bywam dobra z pierwszym wyjściem. Czyli wistem. Takim, co to pozwalał rozwalić grę na wstępie, jeśli jest na to szansa… Tym razem Romulek to wykorzystywał bezbłędnie. No i… zamiast swojego – bez dwóch. Lub zamiast z nadróbką, ledwo swoje… Być może przyziemne, ale cieszy. I to co najważniejsze – nasi kelnerzy co chwilę z mineralną lub winem – żeby nam się lepiej grało :).
Po grze poznaliśmy wśród rezydentów pana Wiśniewskiego z Grudziądza (nie graliśmy z nim akurat), który znał zaledwie kilka słów po polsku: „dziękuję”, „do widzenia” „kofi” i „cziaj”. Hmmm… Z kawą jakiś tam procent miał, że trafi – w sporej ilości krajów kawa to fonetycznie kofi w końcu, ale z herbatą to przesadził. Jednak poza uśmiechem, nie potrafiłam wyprowadzić go z błędu. Sympatyczna pani, która płynęła kiedyś ze Stanów „Stefanem Batorym” do dziś wspominała fantastyczną kuchnię na statku i atmosferę, jaka na nim panowała. Najlepsza podróż w jej życiu. Nie grała razem z mężem, bo… ja te powody znam. Z tychże nie lubię grać ze swoim. Tu nastąpiła dłuższa dyskusja na ten temat pomiędzy małżonkami, śmiejącymi się serdecznie. Ludzie szalenie sympatyczni, na emeryturach, na stałe mieszkający na Cyprze. Żyć nie umierać. Ciepło – lipiec i sierpień to najgorsze miesiące – poza nimi temperatura jest w granicach 25*C. Zimą coś koło 10. Pełni radości, zapału, dowcipni i na luzie. No tak… na luzie. Do tego stopnia, że gramy z jedną parą, przy czym Barbara prosi nas o maila. Bo umówilibyśmy się na sobotę u nich w domu. Zagralibyśmy. Posiedzieli… Eee… No tak. Wyjaśniliśmy, że nie mamy komputera, bo mamy wakacje bez niego, więc nie da rady. Umówiliśmy się na granie z całą ekipą w poniedziałek w innym hotelu, ale nikt po nas nie przyjechał…
Myślę, że byliśmy dla nich taką samą atrakcją, jak oni dla nas. Ale jeden raz pewnie wystarczy ;P.

cypr (33).JPG

   Wakacje pełne wrażeń. Pełne radości. I przede wszystkim dające odpocząć. Miejsce, w którym gościliśmy było nie tylko piękne, ale i spokojne. Miło było usłyszeć od kelnera zabierającego puste talerze po naszym dziękuję – rozbrajające „proszę”. Lub też od kierowcy, który dowiedziawszy się od naszej silnej grupy – z Borysem na czele – że jesteśmy z Polski, zapytał jak po naszemu jest „goodbye”. Więc Romulek – do widzenia. Albo cześć. I nie rozumiał moich oczu Natalii przez kilka sekund… Do momentu aż usłyszał od kierowcy:
– Do widzenia albo cześć.
Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję lecieć w takie miejsce – skorzystajcie. Warto poznawać klimatyczne nastroje danego miejsca – bo każde jest inne. Warto rozsmakować się w kuchniach świata, a turecka przecież jest w czołówce. Niedaleko jej do Europy – zwłaszcza Grecji, do której mają rzut beretem – i do krajów arabskich. Swoisty melanż tych kuchni ma swoje odzwierciedlenie tutaj. Nic to, że kraj w gruncie rzeczy muzułmański. Przez ten czas nie jedliśmy co prawda wieprzowiny – za którą zatęskniliśmy…, ale są specjalistyczne sklepy, do których można zajrzeć i kupić taki kawałek wieprzka, na jaki przyjdzie nam ochota. Bez problemu.

cypr (61).JPG

cypr (62).JPG

Bez problemów wylądowaliśmy w Pyrzowicach. Znowu trzeba się przestawić na kapryśną pogodę. Ale po powrocie duża filiżanka gorącej herbaty – tej najlepszej na świecie. Mieszanki kilku gatunków. Rozgrzewającej. Ze zwykłą cytryną. Na szczęście w lodówce kindziuk. Wieprzowy!!! Dobra… Walichy potem rozpakuję. Pyszny świeżuteńki chlebuś od Kazibuta… Chi chi chi… Wakacje wakacjami, ale codzienność też smaczna jest.
Do widzenia albo cześć.

Ewa

 

  • dodano: 07 września 2013 17:07

    🙂 do widzenia albo cześć… uśmiałam się, fajna podróż, może kiedyś dotrę na Cypr

    autor anula

    blog: http://projektzycie.bloog.pl/

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *